Kiedy wchodzi się do studia TV i w 6 minut trzeba powiedzieć coś konkretnego, to każdą myśl trzeba ubierać w jak najmniejszą liczbę słów. Potem człowiek ma wrażenie, że nie wytłumaczył wystarczająco różnych kwestii, a to powoduje kolejne rozmyślania i tak wracając ze studia myślałem na temat PKB.
Przeciętny człowiek ma wrażenie, że w afryce Panuje bieda, syf i malaria. Dobrze zauważył Remi, dziennikarz z którym gościłem w TVN, że tak jak w Europie są bogate kraje jak Anglia, tak też są biedne kraje jak Białoruś. Podobnie jest w Afryce. Jest Zimbabwe jako najbiedniejsze, oraz Botswana jako jedno z najbogatszych. Botswana jest za Wikipedią z PKB 15 500 dolarów na łebka 53 gospodarką świata. Polska z 19 tys. dolarów na miejscu 44.
PKB w jakiś sposób szereguje kraje od bogatszych do biedniejszych, jednak taka różnica między Polską, a Botswaną nijak się ma do rzeczywistości i to widać gołym okiem już na stacji benzynowej gdzie przy nieco lepszych zarobkach (na rękę) niż w Polsce, ostatecznie identycznych, paliwo kosztuje bliżej 2,6 zł niż 6,2 jak u nas.
Zacząłem więc rozmyślać na temat PKB i doszedłem do wniosku, że sposób jego liczenia sprzyja Państwom socjalistycznym, a daje punkty karne Państwom w których panuje rozsądek, ale do rzeczy.
Pierwszym ciekawym zjawiskiem jest wliczanie do PKB wydatków budżetowych. Gdyby cała prywatna gospodarka produkowała 100 ton np. pszenicy, a rząd w podatkach zabrałby 10 ton. To PKB wynosiłby 110 ton. Jak widać 10 ton wzięło się z powietrza. Rothbard proponuje liczenie PPB – Prywatny Produkt Brutto, a więc dokładnie te 100 ton, oraz PPP – Pozostały Produkt Prywatny, a więc w naszym przykładzie 90 ton czyli to co nam zostanie po zebraniu podatków przez Państwo.
Więcej na ten temat:
www.mises.pl
Problem polega na tym, że podatki w krajach socjalnych takich jak między innymi Polska, są niewspółmiernie wyższe niż w krajach wolnorynkowych w których do PKB nie dodaje się tak dużo pieniędzy z powietrza i pomimo, że ludzie mogą tam zarabiać więcej, to w konkurencji zwanej PKB nie mają szans.
Kolejna sprawa to, że do PKB dolicza się długi. Tzn. jeżeli Kowalski normalnie zarabia 50 tys. rocznie to kupi produktów za 50 tys. Gospodarka więc wyprodukuje dla niego produktów za 50 tys. rocznie. Gdyby ten sam Kowalski wziął kredyt w wysokości 50 tys. to razem w ciągu roku mógłby wydać 100 tys. zł. Gospodarka by mu wyprodukowała oczywiście to co by chciał. Produkcja wzrosła by o 100%. Jeżeli więc ludzie, lub rząd pożyczają pieniądze to rośnie PKB. Polski dług wynosi mniej więcej 5-6% PKB rocznie, gdyby dodać długi obywateli to pewnie do 10% by doszło (nie wiem), więc o tyle PKB jest zawyżone. Tzn zawyżony nie jest, bo PKB liczy raczej ile ludzie wydają, a nie ile zarabiają. Jednak ludzie sądzą, że to pokazuje zarobki ludzi i bogactwo regionu. Głupia polityka zadłużania jest zatem promowana.
Kiedyś jednak te pieniądze trzeba oddać, na przykładzie Kowalskiego, który wziął kredyt na 5 lat bez odsetek, to przez kolejne 5 lat kupi on jedynie za 40 tys. rocznie. Jego wydatki były 100, a teraz są 40, a więc spadły o 60%. Co wtedy zrobi polityk? Powie, że co prawda w tym roku PKB spadło o 60%, ale za to w zeszłym roku mieliśmy 100% wzrostu, jest więc to naturalna korekta, ale nadal jesteśmy średniorocznie 20% do przodu. Najgorsze, że ludzie w takie rzeczy wierzą, bo nie do końca rozumieją, że tak liczyć procentów nie można.
Spostrzegawczy czytelnik mógłby powiedzieć, że Kowalski jak pożyczy i wyda 50 tys. to się nic nie zmieni, gdyż te pieniądze musi od kogoś pożyczyć. Co prawda Kowalski wyda 50 tys. więcej, ale takich samych pieniędzy nie wyda Iksiński, który dał pieniądze Kowalskiemu. Otóż nie do końca tak jest, gdyż w całym świecie obowiązuje pieniądz oparty na cząstkowej rezerwie. Jeżeli Iksiński włoży 50 tys. do banku, to Bank będzie mógł pożyczyć Kowalskiemu i innym dużo dużo więcej, gdyż Bank wyczaruje pieniądze z powietrza. O tym już było, może też później o tym napiszę.
I teraz w różnych krajach banki mają różny poziom rezerwy obowiązkowej. W krajach socjalistycznych z wysokimi podatkami i długami rezerwa obowiązkowa jest bardzo niska. Pozwala to wyprodukować więcej pieniędzy z powietrza i więcej długu, co przekłada się na większe PKB. W Polsce rezerwa wynosi 3,5%, w Chinach 21,5%, natomiast w Botswanie jedyne źródło jakie znalazłem mówiło o “kilkunastu” procentach. Warto dodać, że zarówno Chiny jak i Botswana mają nadwyżki budżetowe! Tzn. nie mają deficytu, nie muszą pożyczać, nie zawyżają więc swoich PKB.
Z deficytem budżetowym w PKB jest o tyle ciekawie, że de fakto do PKB jest liczony niekiedy podwójnie! Podwójnie to maksymalnie jak można wliczyć deficyt w PKB. Chodzi o to, że jak Państwo pożyczy miliard to kupi za to coś i będzie miliard w PKB. Jednak w przyszłym roku Państwo musi ten miliard spłacić. Zbiera więc z podatków i oddaje. Spłata długów też jest wydatkiem budżetowym.
Oczywiście, Państwo zabierze aby spłacić i się ten miliard wliczy. Gdyby Kowalskim tego miliarda nie zabrać w podatkach to oni też by go wydali. Jednak niekoniecznie musieliby go wydać na coś co się liczy do PKB, mogliby odłożyć do skarpetki lub wydać na rzeczy, które do PKB się nie wlicza, np. narkotyki, dziewczyny i całą czarną strefę, a więc rzeczy nielegalne.
Argument ten powoli traci na znaczeniu, gdyż do niedawna do PKB nie wliczano złotej strefy, zwanej popularnie szarą. Obecnie w ramach pokryzysowych trików księgowych jest ona wliczana i zawyża dzięki temu PKB, gdyż w oficjalnych danych za ostatni rok jest wliczona, ale w danych z lat 90-tych już nie i porównując takie dane trzeba o tym pamiętać. Jak wiemy szarej strefy nie da się policzyć, statystycy starają się ją oszacować. W Polce szara strefa jest oszacowana na 25% PKB. Jeżeli nie da się jej wyliczyć to znaczy, że nie da się też udowodnić jej zawyżania prawda? Kto ma większą motywację do zawyżania szacunków szarej strefy? Zadłużone po uszy kraje “rozwinięte”, które są nad przepaścią granic zadłużenia zapisanych w konstytucji czy może dysponujące nadwyżką budżetowe kraje, którym jest znacznie bliżej do wolnego rynku? A pojawiają się głosy, aby zacząć wliczać do PKB nawet czarną strefę.
Kolejną dziwną rzeczą wliczaną do PKB jest hipotetyczna wartość czynszów które by płacili właściciele mieszkań, którzy mieszkają w swoich mieszkaniach i żadnego czynszu nie płacą. Trzeba się zastanowić więc co wpływa na wartość nieruchomości i czynszów.
Teoretycznie człowiek żyjący w 40 metrowym mieszkaniu w Warszawie generuje tym hipotetycznym czynszem wyższy PKB niż człowiek posiadający 150 metrowy dom z hektarową działką w Gaborone. Jednak komfort mieszkania inny prawda?
Na cenę nieruchomości wpływa przede wszystkim gęstość zaludnienia. W Botswanie mieszka 3 osoby na km2, w Polsce 120, Japonia 336 osób. Normalnym jest więc, że ziemi i miejsca jest dużo, ich cena nie jest wysoka.
Kolejna rzecz to podatki. Podatki w krajach kapitalistycznych są niższe niż w krajach socjalistycznych. Toteż wybudowanie tego samego domu, może być 2-3 razy droższe tylko dlatego, że w jego skład wchodzi więcej podatków. Jeżeli wybudowanie domu jest droższe to czynsz za jego wynajem będzie większy. Klimat w Europie też znacząco podwyższa wartość nieruchomości, gdyż muszą to być porządne ciepłe domy.
Na wysokość czynszów wpływa też polityka czynszowa rządu. Jak wiemy Polska jest daleko za murzynami w tej dziedzinie i u nas nadal de fakto nie da się podwyższać wysokości czynszu jak się chce, a ryzyko związane z brakiem możliwości eksmisji w wielu przypadkach powoduje, że stosunkowo mało mieszkań jest pod wynajem i ich cena jest bardzo zawyżona niż gdyby panował wolny rynek. I znowu kraje centralnie sterowane dostają bonus za to, że uprzykrzają gospodarowanie i podnoszą ceny.
Tutaj taki mój prywatny apel, aby zacząć wliczać do PKB hipotetyczne koszty wynajmu aut, gdyż w takiej Botswanie, mogę zaryzykować stwierdzenie, że ludzie jeżdżą droższymi autami. Jest tam po prostu więcej aut terenowych, które są znacznie droższe od zwykłych.
Kolejne nieprawidłowości dostarcza nam sposób liczenia PKB na głowę mieszkańca. Otóż bierze się pod uwagę każdą głowę nawet taką nie pracującą. Chodzi o dzieci i osoby starsze. W Polsce dzieci poniżej 15 roku życia stanowią 16,5% ludności. W krajach wolnych gospodarczo współczynnik ten jest diametralnie inny. W Botswanie dzieci do 14 roku życia (do 14 nie do 15) za hiszpańską Wikipedią to 38,3%. Jak więc widać ponad 20% więcej. Sytuacja osób starszych powyżej 64/65 roku życia, za sprawą AIDS jest inna. W Botswanie 3,8%, a w Polsce 13,4%. Gdyby PKB per capita miało oznaczać poziom zarobków to musiałoby być o odpowiednie procenty skorygowane. Odpowiedzią na pytanie, co skłania ludzi do nie posiadania dzieci jest oczywiście system emerytalny, którego jest brak w krajach wolnych gospodarczo.
Oj, zagalopowałem się o PKB, a nie o tym chciałem pisać. Tylko o naszej szkole, która nawet nie jest w Botswanie tylko w Zambii, kraju według PKB na głowę 10 razy mniej rozwiniętym. W Botswanie nie bardzo mamy kogo uczyć, bo trochę głupio jak przyjeżdżają biznesu uczyć ludzie, którzy pochodzą z kraju bardziej socjalnego i lekko zacofanego. W Zambii to co innego. Na liście wolności gospodarczej Zambia jest na 100 miejscu, Polska na 71, więc nie daleko. Botswana natomiast na miejscu 28.
Cała akcja jest lekko opisana na:
www.asbiro.pl/afryka
Dajcie mi kilka dni to będzie tam wstawione dużo więcej szczegółów. Zapraszam was, abyście włączyli się do akcji, bo to po pierwsze fajna zabawa, a po drugie duże możliwości.
Opublikowałem też na blogu trochę informacji o mnie w mediach, jedno dotyczy afryki, zapraszam do obejrzenia.
Dzień Dobry TVN:
www.kamilcebulski.pl/dzien-dobry-tvn-afryka/
Pytanie na Śniadanie o psychopatach biznesu:
www.kamilcebulski.pl/sniadanie-z-psychopatami-w-tvp/
Oraz artykuł o mnie w magazynie Zwierciadło:
www.kamilcebulski.pl/zwierciadlo-artykul/
A tutaj zobaczysz w lepszej jakości na stronie TVN:
www.dziendobry.tvn.pl/video/w-afryce-mozna-sporo-zarobic,1,newest,18605.html
Ogólnie istnieją dwa skrajne sposoby organizacji społeczeństwa kapitalizm i socjalizm. Wszystko inne jest pomiędzy. Każdy z tych systemów ma swoją ekonomię. Ekonomia czyli nauka o ludzkim działaniu, ma tłumaczyć to, jak ludzie się zachowują. Przykładowo, według kapitalistów za kryzysy gospodarcze odpowiedzialny jest rząd z polityką niskich stóp procentowych, natomiast według socjalistów za kryzysy są odpowiedzialni chciwi kapitaliści, którzy z chęci zysku produkują za dużo obniżając drastycznie cenę która prowadzi do bankructwa wielu z nich.
Austricka szkoła ekonomii tłumaczy nam, że najlepszy jest kapitalizm, natomiast Ekonomia Marksistowska promuje socjalizm. Pomiędzy nimi znajdują się Szkoła Chicagowska oraz Keynesism. Szkoła chicagowska mówi, że najlepszym systemem jest kapitalizm jednak z domieszką komuny, a Keynesizm (ten mamy w Polsce) mówi, że najlepsza jest komuna z kilkoma elementami kapitalizmu.
O szkole Austriackiej nie mówi się dużo z tego powodu, że ona najlepiej tłumaczy to, jak działa człowiek. Jak się okazuje, najlepiej człowiek działa bez urzędnika. Mówi ona, że król jest nagi. Mnie w szkole uczono, że Chrześcijaństwo się tak szybko rozprzestrzeniło w Europie i wyparło inne wierzenia, gdyż mówiło, że król pochodzi od woli boskiej. Podobnie jest z ekonomią. Najbardziej zbliżoną do Austriackiej szkołą ekonomiczną, która usprawiedliwia obecność urzędnika jest właśnie szkoła Chicagowska. Politycy to często bardzo mądrzy ludzie, nie mogą oni promować kapitalizmu, gdyż on nie przewiduje dla nich miejsca. Ci co chcą dobrze dla siebie i dla społeczeństwa promują więc szkołę Chicagowską. Ale dlaczego w szkole Chicagowskiej tak ważny jest zysk? Już odpowiadam.
Weźmy do rozmyślań najpopularniejszą historyjkę. Otóż jest sobie kolej, która biegnie przez pola. Otóż stało się, że iskry spod kół lokomotywy zapaliły zboże rolnika. Powstała szkoda i albo ją pokryje rolnik, albo kolej.
Szkoła Chicagowska mówi, że sędzia, który będzie to rozstrzygał musi wziąć pod uwagę zysk czy też efektywność dla społeczeństwa, bo według nich nie wiadomo kto działa na niekorzyść kogo. Czy to kolej krzywdzi farmera podkładaniem ognia czy też może farmer krzywdzi kolej żądając odszkodowania, wszak wiedział o tym zagrożeniu i pomimo tego na swoim polu zasiał łatwopalne zboże niejako wyłudzając odszkodowanie. Według tej szkoły ekonomicznej sędzia powinien rozwiązać ten problem z punktu widzenia czystej efektywności, z punktu widzenia maksymalizacji ogólnego bogactwa. Zysk społeczny jest dla nich najważniejszy, to dlatego szkoła ta plasuje się lekko na lewo od kapitalizmu.
Według szkoły austriackiej spór ten należy rozwiązać tak jak każdy rozsądny czytelnik tego bloga pomyśli, a więc według “koncepcji odpowiedzialności obiektywnej”. Jeżeli A wyrządza szkodę B to należy się odszkodowania i koniec kropka nieważne czy społeczeństwo na tym straci czy zarobi.
Wracając więc do problemu kolei i tego, kto powinien ponieść konsekwencje pożaru problem jest prosty. Jeżeli najpierw był rolnik, który siał zboże, a potem powstała kolej. to kolej musi wypłacić odszkodowanie. Jeżeli jednak najpierw była kolej, a potem rolnik kupił np. podmokłe nieużytki, osuszył i zasiał zboże to odszkodowanie rolnikowi się nie należy, gdyż rozpoczynając inwestycje zdawał sobie sprawę z zagrożenia ze strony kolei. Inaczej rzecz ujmując człowiek, który buduje się obok pasa startowego lotniska nie może narzekać na hałas, bo go zaakceptował wprowadzając się do tego domu, natomiast na hałas może narzekać człowiek, któremu za oknem postawili lotnisko. Ta zasada nosi nazwę serwitutu. Chodzi w niej nie o “maksymalizację zysków społecznych” tylko o zwykły rozsądek i sprawiedliwość.
I tak właśnie szkoła Chicagowska i Milton Friedman na jej czele wprowadziła w USA to, że podatek za pracownika odprowadza pracodawca, a nie pracownik. Potem to rozlało się na kraje europy. Jest to społecznie bardziej opłacalne, bo pracodawca to robi masowo, więc mniej czasu mu to zabiera niż zwykłemu pracownikowi. W efekcie społeczeństwo mniej wydaje czasu na rozliczenie. W efekcie powstało przyzwolenie na skazanie kogoś na 2 godziny pracy niewolniczej tylko po to, aby 10 osób zaoszczędziło po godzinie.
Oczywiście w praktyce to pracodawca odbija to sobie mniejszą płacą, a pracownicy nie widzą płaconych przez siebie podatków przez co chętniej przyjmują ich podwyżkę. Gdyby tak co miesiąc każdy z pracowników musiał samodzielnie zrobić przelew na ZUS i PIT to podatki wyglądałyby zupełnie inaczej. No ale to każdy dzieciak wie więc wgłębiał się nie będę.
Ostatnio opisałem konkretną radę biznesową, dotyczącą ubezpieczeń dostałem więcej zjebek niż pochwał. Ano zauważyłem tendencję, że najbardziej lubicie czytać o aferach, potem o absurdach i podatkach, a na końcu ludzie dopiero tolerują gotowe rozwiązania czy rady typu “jak żyć”. Zupełnie inaczej jak przeciętny wyborca, który krzyczy – jak żyć panie premierze
.
Rada biznesowa na dzisiaj to nigdy nie zakładaj spółek cywilnych. Nie potrafię znaleźć sensownego argumentu za tym. Każdy ze wspólników musi płacić pełny ZUS, przy spółce z o. o. nikt nie musi płacić ZUSu to po pierwsze. Jednak ważniejsze jest po drugie, czyli małżeństwo. Otóż spółkę cywilną traktuj jako małżeństwo ze wspólnotą majątkową, gdzie mąż odpowiada za długi żony całym majątkiem i odwrotnie. Kolega prowadził taką spółkę i zamknął ją, gdy na jej koncie pojawiło się zajęcie komornicze za niezapłacony mandat wspólnika. Na szczęście kwota była niewielka, ale gdyby to była większa wierzytelność np. jakiś kredyt to komornik zająłby całą firmę.
Spółkę cywilną chyba wymyślono tylko w dwóch celach. Aby ściągać długi i aby obchodzić prawo spadkowe. Nie wiem czy się nic nie zmieniło, bo dawno o tym czytałem, ale gdy stworzę spółkę cywilną z osobą, której chcę przekazać spadek i do tej spółki przekażę majtek to gdy umrę to przy odpowiednich zapisach w umowie spółki mój wspólnik stanie się właścicielem całości i zapłaci grosze w porównaniu do standardowego podatku spadkowego.
W ostatnim poście zadałem pytanie odnośnie ceny paliw, ponoć widziana była już cena 6,12 za diesla. Pytanie brzmiało, dlaczego ceny paliw w hurcie podrożały w 2011 roku o 19,7% natomiast w detalu zaledwie o 18,1%. W zasadzie wszyscy szukali teorii spiskowych narzekając na monopol państwa itp. Otóż to nie ma z tym nic wspólnego. Chodzi raczej o to jak przeciętni ludzie wyobrażają sobie politykę cenową, której nie można opierać o procenty, ale o zwrot z kapitału.
Kiedy buduję stację benzynową to inwestuję powiedzmy milion złotych. Oprocentowanie na lokacie wynosi 5%, więc liczę, że podejmując ryzyko otrzymam więcej jak 5%. Załóżmy, że kalkulując ryzyko na stacji powinienem zarabiać 12%, a więc 10 tys. miesięcznie. Gdyby zyskowność była mniejsza to bym nie inwestował. Buduję więc i zarabiam 10 tys. miesięcznie.
Większość ludzi sądzi, że jak cena hurtowa idzie o 100% w górę to cena detaliczna też idzie o 100% w górę i na takim poziomie rynek znajdzie równowagę. Nie jest to prawdą. Tzn jest to prawdą, ale bez procentów. Tzn. Jeżeli cena hurtowa idzie o 100 zł w górę to cena detaliczna idzie również o 100 zł w górę. Jeżeli więc towar kosztował 100 zł w gurcie i zdrożał o 100 zł to jego cena wzrosła o 100%. Ten sam towar w detalu kosztował 200 zł, zdrożał o 100 zł, więc zdrożał o 50%. I w ten sposób dochodzimy do tego, że w hurcie podrożało o 19,7% a w detalu o 18,1%. Marży nigdy nie możemy liczyć na procentach!
Oczywiście te przykłady są bardzo uproszczone, bo jest wiele zmiennych. Np. wyższa cena zmniejszy sprzedaż, zmieni się koszt pieniądza itp. więc nigdy wzrost hurtowy o 100 zł nie będzie równy detalicznemu. Ale takie liczenie będzie obraczone mniejszym błędem niż liczenie procentowe.
Wracając do naszej stacji benzynowej za milion, na której zarabiam 10 tys. zł. Gdybym podniósł cenę tak jak hurtownicy o 100% to zarabiałbym na stacji powiedzmy 20 tys zł czyli 24% rocznie z zainwestowanego kapitału. Szybko pojawi się konkurencja i cena spadnie do takiego zwrotu z inwestycji jaki jestem w stanie zaakceptować. A ponieważ na rynku paliw na konkurencję nie musimy czekać, bo konkurencja jako taka już jest i szybko nam wybije podnoszenie jakichkolwiek cen detalicznych ponad akceptowalny dla nas minimalny poziom zwrotu z inwestycji.
Tak więc nasza stacja benzynowa będzie mieć zawsze takie ceny, aby wyciągnąć te 12% zwrotu z kapitału, nieważne jak podniosą się ceny hurtowe. Jeżeli się podniosą za bardzo i popyt sprawi, że nie wyciągnę tych 12% to bardziej będzie mi się opłacało zainwestować w co innego, a jak popyt wzrośnie i zyskowność też to pojawi się tyle konkurencji, że ceny będą musiały spaść. Prędzej stacja benzynowa będzie zarabiała więcej, jeżeli wzrośnie koszt pieniądza.
Na koniec jeszcze taka przepowiednia dla rządu. Mianowicie, według mnie drastycznie wzrośnie liczba osób zarabiających minimum. Oczywiście logiczne jest to, że im wyższa płaca minimum tym, więcej osób ją zarabia, ale pojawił się według mnie poważniejszy impuls dla przedsiębiorców, aby proponować dokładnie pracę minimalną.
Płaca minimalna w 2011 roku wynosiła 1386 zł, a w 2012 roku równo 1500 zł. Otóż liczbę 1500 zł łatwo zapamiętać. Trudniej zapamiętać liczbę 1386 zł. Przy wypisywaniu umowy o pracę pracodawcy pamiętali, że płaca minimalna wynosi tysiąc trzysta i trochę, tak że prawie 1400 zł, więc wpisywali na umowie 1400 zł. Teraz łatwo zapamiętać kwotę i będą wpisywać dokładnie taką. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak silny jest to argument, pogadajcie z przedsiębiorcami. Sprawdzimy statystyki za rok, kiedy płaca minimalna będzie wynosiła załóżmy 1642 zł. Nie zdziwiłbym się, że w 2013 roku liczba osób zarabiających minimum będzie mniejsza niż w 2012 i może być to ciekawym argumentem do sukcesu rządzącej partii.
Na koniec zapraszam was na stronę opisującą naszą kolejną inwestycje w Afryce. Serdecznie zapraszam do włączenia się w tą akcję:
www.asbiro.pl/afryka
Trzymajcie się.
]]>Podstawy ubezpieczeń każdy zna. Klientom firm ubezpieczeniowych co roku psują się auta o wartości X. Firmy te zbierają więc od swoich klientów pieniądze w wysokości 2x. Jeden X aby pokryć straty klientów, a drugi X, aby siebie wyżywić i jeszcze zarobić. Panuje więc tendencja wśród niedoświadczonych ludzi, że ubezpieczenia są nieopłacalne, bo składka zawsze jest większa niż ryzyko wystąpienia szkody.
Problem jednak jest taki, że ludzie przypisują różne wartości różnym rzeczom (subiektywna teoria wartości). Dla firmy ubezpieczeniowej auto ma wartość powiedzmy 50 tys., gdyż za taką kwotę można kupić identyczny. Jednak ten sam używany samochód może być dla jego właściciela warty 100 czy 200 tys.
Przykładowo jest sobie człowiek, który ma cysternę i umowę z koncernami gazowymi, że wozi gaz na kilka stacji benzynowych. Jego ciężarówka jest warta milion zł. Gdyby mu tę cysternę ukradli, to człowiek nie straciłby tylko miliona, ale także możliwość zarabiania, bo klienci szybko by znaleźli innych dostawców. Tak naprawdę straciłby 4 miliony i tyle jest warta dla niego ta ciężarówka, gdyż nie ma zapasowej i gdyby tej jednej zabrakło straciłby dobry biznes. W takim wypadku warto wykupić ubezpieczenie.
Inna sytuacja jest taka, że w rodzinie mamy 2 samochody. Jak to przeważnie bywa jednego używa mąż, a drugiego żona. Ukradli nam jedno auto. Jakie ponosimy dodatkowe oprócz straty auta? Ano prawie żadne, bo jak się okazuje mąż może najpierw odwieźć żonę, a potem sam pojedzie do pracy. Albo jest alternatywa pożyczyć na 2-3 miesiące auto od rodziców, którzy są na emeryturze i auta używają tylko popołudniami. W takim przypadku ubezpieczenie nie jest nam potrzebne, bo kradzież auta to tylko kradzież auta, nie profitów z nim związanych, bo bez ponoszenia specjalnych kosztów możemy to auto zastąpić.
Jak więc wynika z powyższego powinniśmy ubezpieczać się tylko w przypadku jeżeli nie jesteśmy w stanie znaleźć alternatywy (np. organizacja innego auta na czas dorabiania się nowego) i strata przedmiotu ubezpieczenia pociąga za sobą większe straty niż tylko jej wartość rynkowa.
Jeżeli chcecie to odsłuchajcie moją ostatnią audycję z 4 stycznia z Jankiem Fijorem na www.kontestacja.com. Odpowiadaliśmy na list człowieka, który ma kilkanaście tysięcy oszczędności i chce je jakoś ulokować. Te pieniądze są oszczędnościami, chce je zainwestować, nie są mu za bardzo potrzebne, a nawet jak by je stracił to nic się specjalnie nie stanie.
Otóż można by nawet powiedzieć, że nie opłaca się ubezpieczać przedmiotów tańszych niż nasze oszczędności. Odłożone pieniądze to najszybszy sposób zastąpienia straconego przedmiotu. Po prostu idziemy do sklepu i kupujemy nowy. Jeżeli mamy oszczędności na odtworzenie przedmiotu to zawsze stracimy tylko tyle ile wynosi rynkowa cena utraconego przedmiotu. Nie opłaca się więc płacić składek, które są zawsze dużo wyższe niż prawdopodobieństwo utracenia danego przedmiotu. Sami siebie ubezpieczamy.
I tak dochodzimy do osoby mojego czytelnika, który z żoną za część oszczędności i odłożonych pieniędzy z wesela kupił sobie samochód, a resztę odłożył, aby przez 2-3 lata uzbierać więcej i kupić działkę pod dom. Żona uparła się, aby wykupić ubezpieczenie autocasco, bo jak ukradną auto to autentycznie nie będzie mogła dojeżdżać do pracy. Mąż trzymał stanowisko, że każde ubezpieczenie jest nieopłacalne. Jak się okazuje obydwoje mają rację, gdyż opłacalność ubezpieczenia jest powiązana z poziomem oszczędności.
Jeżeli więc macie na lokacie na 5% odłożone jakieś 20-30 tys. (tyle coby auto kupić) to możecie spokojnie do tych odsetek dodać pieniądze zaoszczędzone na nie wykupowaniu ubezpieczenia autocasco.
Każdemu bowiem, kto ma (oszczędności), będzie dodane (brak składki), tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma (oszczędności), zabiorą nawet to, co ma (przymusowa składka). I jak to ładnie pismo święte przewidziało powstanie ZUS-u, który zabiera biednym, a bogatych zostawia w spokoju.
Przypominam, że ostatnie 2 dni lutego i pierwsze 2 dni marca (wtorek piątek) organizujemy seminarium na Żywiecczyźnie. Otóż na wykłady dla nas przylatuje do Polski ojciec Jacek Gniadek (www.jacekgniadek.com). A ponieważ siedzi on ze 20 lat w afryce to bardzo stęsknił się za nartami. Postanowiliśmy więc zorganizować mały wyjazd, wynajęliśmy na 4 dni schronisko w Korbielowie i organizujemy seminarium pod hasłem “Owoc żywota Twojego je ZUS”. Wśród prelegentów będzie Jacek, będzie także ojciec Fabian Błaszkiewicz i wielu innych przedsiębiorców z branży religijnych. Seminaria organizowaliśmy na różne tematy, teraz po prostu bierzemy na cel duchowość i branże religijne. Pojeździmy sobie na nartach, posłuchamy wykładów, popijemy grzańców przy piwku. Zapowiadają się długie dyskusje.
Seminarium jest także zjazdem absolwentów ASBIRO, więc będzie wiele ciekawych ludzi. Pierwszy raz organizuję coś w środku tygodnia, trochę się bałem o frekwencje (będzie ok 40 osób), ale jak się okazuje nie jest tak źle, a co chyba ciekawsze zapisują się chyba wyłącznie przedsiębiorcy i to już dobrze rozwinięci, tacy, którzy mogę sobie pozwolić aby nie czekać na weekend z wyjazdem, więc poziom dyskusji zapowiada się wysoki. Zapraszam serdecznie, koszt 560 zł z noclegiem i pełnym wyżywieniem.
Wszystkie szczegóły seminarium tutaj:
www.asbiro.pl/seminarium
Jako ciekawostkę mogę wam powiedzieć, że w maju robiliśmy zjazd absolwentów także w Korbielowie (ok 100 osób było), gdzie poznało się dwóch ludzi i powstał biznes. Chodzi o Pawła Zarembę, kilkukrotnego mistrza świata w MMO, olimpijczyka z Moskwy, żołnierza Legii Cudzoziemskiej i wielu innych profesji (www.balintawak.pl) oraz Grzegorza Kozłowskiego, który zorganizował klub, gdzie Paweł między innymi trenuje. Zresztą zerknijcie www.SpartanStudio.pl.
Jeszcze na koniec mam dla was taką poradę, bo wiele osób ma z tym problemy. Chodzi o numerowanie faktur oraz kasę fiskalną w firmie. Jeżeli mamy małą firmę, to przeważnie księgowi proszą, aby każda sprzedaż była nabijana na kasę, a jak ktoś chce fakturę to wystawia się ją wtedy do paragonu. Tak jest księgowym łatwiej, bo księgują tylko to co jest na kasie. Można jednak zastosować inny system, że sprzedaż dla osób fizycznych idzie przez kasę, a faktury się wystawia bez nabijania na kasę. Księgowi wtedy muszę zliczać wszystkie faktury sprzedażowe, trochę czasu to kosztuje (zsumować kilka słupków), ale dzięki temu możecie łatwiej zaplanować sobie odpowiednie podatki na koniec roku. Podobnie też z punktu widzenia podatkowego dobrze zaczynać numerację faktur od nowa w każdym miesiącu.
I na koniec zagadka. Dlaczego ceny hurtowe Paliwa w 2011 roku podrożały o 19,7%, a ceny detaliczna na stacjach o zaledwie 18,1%?
]]>Jeżeli chodzi o dotacje, znacie moje poglądy w tym temacie. Padło wiele argumentów, ale tak na dobrą sprawę, żaden z podanych argumentów (nawet przeciwko) nie jest argumentem.
Najczęściej pojawiającym się argumentem przeciwników dotacji jest to, że te pieniądze są marnowane. Otóż moi drodzy, to nie jest żaden argument przeciwko. Nie da się tak naprawdę obiektywnie ocenić czy coś zostało zmarnowane czy nie. Podobnie nie możemy ocenić zachowania murzyna, który z leków na AIDS destyluje alkohol. Indywidualna teoria wartości mówi, że ta sama rzecz dla różnych ludzi ma różną wartość. Państwo utrzymuje, że dotacje są przydatne, beneficjent tym bardziej, a nawet niektórzy okradani ludzie z pieniędzy których jest ta zabawa finansowana jest za dotacjami. Czy głosowanie to dobry sposób na ocenę marnotrawienia? Argument ten jest tak naprawdę za dotacjami! Oczywiście po wielkich gimnastykach umysłu i lekkim naciągnięciu
Druga sprawa jest taka, że jeżeli ja swoje zarobione pieniądze przeznaczę na 2 razy więcej dotacji i stracę na nich 2 razy więcej niż Państwo to co powiecie wtedy? Że marnuje pieniądze? Na dobrą sprawę kij wam do tego co kto robi z pieniędzmi.
Ktoś powiedział “Jak dają to się bierze, jak biją to się ucieka”. I tak naprawdę ten argument, chociaż znowu użyty odwrotnie, jest najbliżej prawdy. Zauważcie, że w tym powiedzeniu nie ma zwrotu “jak nie dają to im ukradnij”. I właśnie to jest jedynym argumentem – dobrowolność.
Za niezapłacenie podatków można iść do więzienia. Jeżeli więc ktoś płaci podatki to nie robi tego dobrowolnie. A nawet jeżeli znajdą się tacy, którzy robią to dobrowolnie to musicie wiedzieć, że ja nie płacę dobrowolnie i to już wystarczy. Za zamordowanie jednego człowieka też idzie się do piekła, nie trzeba mordować milionów. Dlaczego przy kradzieży miałoby być inaczej?
Moralne jest to, co jest dobrowolne. Używanie przemocy lub korzystanie z jej owoców jest również niemoralne i społecznie nieakceptowalne. Oświadcz się dziewczynie, a potem jej powiedz, że ukradłeś pieniądze na pierścionek, sprawdź reakcję.
I tak dochodzimy do kolejnego argumentu jakoby dotacje były dobre jako forma odebrania od złodzieja tego co nam zabrał wcześniej. Jest to dobry sposób rozumowania, gdyż używanie przymusu jest zasadne tylko w obronie przed przymusem, ale nie jest to argument za braniem dotacji. Jest to raczej racjonalizacja. Tak jak w przypadku gdy kupimy trzeci telewizor tłumacząc to tym, że dzięki temu zaoszczędzimy czas na chodzeniu do drugiego pokoju.
Przed złodziejami trzeba się bronić. Obrona przed złodziejem polega na tym, że jak nas napada my robimy wszystko aby mu pieniędzy nie dać. Jak jesteśmy silniejsi to wygramy, jak jesteśmy słabsi to złodziej uderzy nas w twarz, potem drugi, potem skopie kilka razy, ale mamy satysfakcje, że nie poszło mu z nami tak łatwo. Możemy też po akcji skrzyknąć chłopaków, znaleźć złodzieja i mu odebrać to co nasze.
Naprawdę nie mam nic przeciwko temu, aby któryś z was wyliczył sobie podatek, poszedł do kasy w urzędzie zapłacić. Pani mu pokwituje, że przyjęła pieniądze, następnie wyciągnijcie pistolet i ukradnijcie te same banknoty, które daliście urzędnikowi. Będziecie moimi bohaterami, tak samo jak moimi bohaterami są “nieznani sprawcy” którzy obrzucili urząd skarbowy w Kielcach koktajlami mołotowa chyba w 2009 roku.
Jeżeli jednak złodziej wam pieniądze ukradnie i powie do was, że wam te pieniądze odda pod warunkiem, że zrobicie coś dla niego, np. pomalujecie dom lub nago przebiegniecie Marszałkowską w Warszawie to już nie jest to obrona przed złodziejem, ani odbieranie swojej własności tylko dostarczanie dla niego usługi. W takim układzie tylko złodziej jest zadowolony, gdyż ma to co chciał (np. statystyki pomocy potrzebującym), a wy robicie za frajera i racjonalizujecie sobie to tym, że odebraliście pieniądze, może i tak, ale odebranie pieniędzy na warunkach stawianych przez złodzieja to nie jest odebranie pieniędzy, tylko dostarczanie mu usługi!
Hrabia Monte Christo często powtarzał, że nie ma służących którzy nie kradną. Dobry służący to taki, który kradnie mało. Dochodzi, do tego, że służący jest zadowolony, bo kradnąc wyrównał sobie pensje, a tak naprawdę robi dokładnie to co Pan przewidział.
Jeżeli nie macie się czym w życiu kierować to kierujcie się zasadą, aby nigdy nie korzystać z owoców przymusu.
A skoro już jesteśmy przy przymusie to sprawa dotacji jest dla mnie oczywista. Czasami muszę jednak powtórzyć, bo dochodzą nowi czytelnicy bloga. Mam jednak sytuację taką, w której nie jestem pewny jakie postępowanie doradzić i jakie należy uznać za moralne.
Jest przedsiębiorca, który jak prowadził działalność nie płacił ZUS. Po dwóch latach zamknął działalność, zarobił co miał zarobić i podarował wszystko mamie. Z wszystkimi kontrahentami się rozliczył nie płacił tylko podatków. Dochodowy mu nie wychodził, nieb był Vatowcem, tylko ZUS musiał odprowadzać. Przez ok 2 lata uzbierało się około 25 tys zł. ZUS oczywiście wszedł mu na wszystkie konta bankowe. Ale on ich nie używa. Utrzymuje go mama, on nie potrzebuje pieniędzy, bo już swoje zarobił, wybudował mamie dom, mieszkać gdzie ma, a teraz dorabia w złotej strefie na jedzenie. Wyszedł z założenia, że zwyczajne niepłacenie to będzie dobra ochrona przed podatkami. Najzwyczajniej ich nie płacił, a przecież od 5 do 7 lat jest przedawnienie (zostało rok), do więzienia za to nie biorą.
Z moralnego punktu widzenia postępowanie słuszne i warte pochwały. Nie płacił ZUSu, emerytury mieć nie będzie, broni się przed złodziejem i nie korzysta z przymusu na innych ludziach. Tutaj jestem pewny w 100% moralności takiego postępowania.
Problem pojawia się gdy na konto tego człowieka szpital (państwowa instytucja) przez pomyłkę przelewa 800 zł. Pani Basia najzwyczajniej wpisała numer konta innego kontrahenta. Pieniądze od razu są przejęte przez bank i przelane do ZUSu. Ten człowiek nawet się do konta nie loguje, ale Pani Basia po kilku miesiącach zauważa pomyłkę i kontaktuje się z naszym bohaterem, aby ten zwrócił do szpitala te 800 zł. Jest przy tym nie do końca miła i mówi, że jeżeli on nie zwróci tych pieniędzy to ona będzie musiała z własnej pensji je zwrócić. Pytanie brzmi które postępowanie będzie moralne, zwrócić czy nie?
Co mówi prawo? Prawo mówi, że przedsiębiorca się wzbogacił nieprawidłowo i musi te pieniądze oddać. Miałem kilka lat temu proces w podobnej sprawie. Firma przelała mi przez pomyłkę około 40 tys, ale na rachunek kredytowy, spłacając mi w ten sposób 90% kredytu. Chciałem wziąć drugi kredyt aby spłacić przelane przez pomyłkę pieniądze, ale dochód (albo jego brak
nie pozwalał. Nie dochodziło do firmy, że nie mam wyjścia i muszę im spłacać w ratach podali mnie do sądu. W sumie zasadnie bo przecież nie muszą mi wierzyć, każdy może się tak tłumaczyć. Sąd sprawdził papiery i wyrok był taki, aby oddać te pieniądze w ratach co uczyniłem.
Analizując jednak problem kolegi przedsiębiorcy znalazłem wyrok Sądu Najwyższego, który orzekł w 2009, że Bank ponosi odpowiedzialność na nieprawidłowy przelew. Tzn jeżeli napiszemy w przelewie że odbiorcą jest spółka A, a wpisze numer konta spółki B to bank ponosi odpowiedzialność na podstawie kodeksu cywilnego, bo wykonał usługę bez wystarczającej staranności.Według mnie to głupie prawo, bo oczywiście jeżeli ktoś się pomylił i mamy coś nie naszego to trzeba mu to oddać, nieważne co mówi prawo. Trzeba dodać, że omyłkowy przelew zawierał właśnie inne dane odbiorcy niż w rzeczywistości.
Ale tutaj mamy do czynienia z czymś innym i nie analizujemy prawa tylko moralność. Ktoś do przedsiębiorcy wysłał pieniądze, które zostały ukradzione. Rozumiem, że jeżeli idąc ulicą ktoś pożyczy mi pieniądze, a za minutę ktoś mnie napadanie i je zabierze to ja muszę je oddać. Pożyczyłem, byłem świadomy, pokwitowałem, ja za nie odpowiadałem muszę oddać.
Co jednak z sytuacją opisaną powyżej. Co nakazuje moralność i przyzwoitość? Bo taki niezamawiany przelew mogę porównać do tego, że ktoś ma mi zapłacić pieniądze, nie zastaje mnie w domu i zostawia pieniądze na wycieraczce w klatce schodowej po czym ma pretensje, do mnie, że pieniądze z wycieraczki zniknęły zanim wróciłem do domu?
Czy przedsiębiorca ukradł w ten sposób pieniądze? Według mnie nie, bo aby coś ukraść to znaczy, że to się będzie posiadać. Przedsiębiorca nie kupił za to nic, emerytury i tak mieć nie będzie, ani żadnego pożytku z tych omyłkowo przelanych pieniędzy nie miał.
No i kolejna strona medalu. Czy jeżeli przechodzeń idzie ulicą akurat w momencie kiedy złodziej mnie napada i zostaje napadnięty razem ze mną to ma prawo żądać ode mnie, zwrócenia pieniędzy argumentując to mniej więcej tak, że gdybym tak się złodziejowi nie stawiał to ten obrabował by mnie szybciej i złodziej zdążyłby się oddalić zanim ta osoba przechodziła?
No i oczywiście, czy zwrócenie pieniędzy nie byłoby wykwintnym sposobem windykacji podatków? Przecież po zwróceniu sytuacja faktyczna by była taka, jakby te 800 zł przedsiębiorca sam wpłacił złodziejowi
Sami przyznacie, że sytuacja warta zastanowienia, czekam na wasze komentarze.
A skoro już o obronie przed złodziejem mówimy to rok się kończy i wielu z was ma zapewne problem związany z dochodem. Podzielę się z wami dwoma poradami jak na ostatnią chwilę poradzić sobie z tym problemem.
Pierwszy sposób jest najprostszy i dotyczy ludzi, którzy płacą ZUS (za siebie). Otóż płatności do ZUSu księguje się w koszty w momencie ich zapłaty, a nie w momencie ich wymagalności. Jeżeli macie gotówkę to możecie zapłacić za ZUS jeszcze w grudniu za kilka miesięcy, a nawet rok z góry. Jeżeli płacicie 1 tys. zł ZUSu to możecie wbić 12 tys. kosztów jeszcze w grudniu.
Przykładowo jeżeli zapłacicie tylko za 1 miesiąc z góry, to jesteście zarobieni na tym 19% w miesiąc. Nawet najlepsze spółki giełdowe nie dają takich zwrotów. Gdybyście zapłacili za 2 miesiące, to na pierwszym oczywiście zarabiacie 19% w miesiąc, ale na drugim miesiącu jesteście zarobieni 19% ale przez 2 miesiące. Nie umiem za bardzo mnożyć i dzielić procentów (nie jest to proste), ale to tak jakby mieć zwrot z inwestycji na poziomie 8,5% miesięcznie, nadal nieźle. Za 3 miesiąc to zarabiacie 19% ale przez 3 miesiące, czyli na oko 5,5% miesięcznie. Czyli mniej więcej tyle co na lokacie, ale tam przez ROK, a tutaj na 3 miesiące!
Macie dochód, a nie macie pieniędzy aby zapłacić ZUS z góry? Pożyczcie od kolegi i niech kolega też na tym zarobi. Zyskiem będziecie musieli się podzielić, ale nadal do przodu.
Macie gotówkę, a nie macie firmy? Obdzwońcie znajomych przedsiębiorców i zaproponujcie biznes, rozmnożycie to lepiej niż na giełdzie i zysk pewny, o ile przedsiębiorca odda nam pieniądze oczywiście.
Tylko pamiętajcie o jednym felerze tego rozwiązania. Mianowicie takim, że w przyszłym roku wrzucicie mniej ZUSu w koszty i wasz zysk będzie większy. Ale myślę, macie cały rok na to, aby przemyśleć swoje koszty w przyszłym roku. Ratować się trzeba teraz, bo nowy rok za 10 dni.
Drugi sposób polega na tym, że skoro macie dochód to warto by go zainwestować, aby firma rosła. Przykładowo przydałoby się nowe biuro, garaż na samochód, czy najzwyklejsza piwnica do magazynowania starych faktur. Idźcie do rodziców i zapytajcie się czy wam wynajmą piwnicę. Oczywiście zapłaćcie z góry. Mama przed wynajęciem musi iść do skarbowego to zgłosić i zapłaci tylko 8,5% od wynajmu, a wy zaoszczędzicie 19%, jesteście więc 10,5% do przodu. Nie wiem czy giełda zarobiła tyle w zeszłym roku.
Nie wiem jak z ZUSem, bo ja w sp. z o.o. nie płaciłem ZUSu, ale drugi sposób z wynajmem dotyczy tylko książki przychodów i rozchodów, a nie pełnej księgowości. Jeżeli macie pełną księgowość to nawet jeżeli zapłacicie za wynajem z góry to wam w koszty będą szły proporcjonalnie do czasu trwania umowy.
To takie dwie ciekawostki prosto z naszych zajęć MBA z księgowości. No może nie aż tak prosto, bo odświeżałem dzisiaj wiedzę z nagrań z zeszłego roku
Znacie inną szkołę biznesu, gdzie mówią takie (i wiele innych) rzeczy?
Wszystkiego dobrego w święta, a przede wszystkim prześcignięcia konkurencji. A jeżeli już macie mieć do czynienia z dotacjami to zainteresujcie się Malmą. Organizujemy akcje wspierania pracowników w czasie procesu o odszkodowanie. Zajrzyjcie na stronę Malmy i odsłuchajcie nagranie. Bo tylko takie dotacje są moralne. Takie które wypływają z dobrej woli, a nie z przymusu.
Malma
www.malma.com
Trudno się dziwić, w końcu mówi się, że w Internecie jest niska bariera wejścia. Ja bym powiedział odwrotnie, że bariera wejścia jest duża, bo w zasadzie 100% zależy od naszych umiejętności. W biznesie np. restauracyjnym, nawet jak będziemy lekko niemili dla klientów, to możemy nadrobić to dobrą lokalizacją. Żona czasem prosi mnie abym szybko coś kupił do obiadu, idę wtedy do sklepiku niedaleko bloku i wcale mi nie przeszkadza, że Pani ekspedientka śmierdzi papierosami. Alternatywa, czyli 3 minuty dłuższy spacer jest dla mnie straszniejsza.
Wracając jednak do biznesu w internecie. Ludzie nie do końca mi wierzą, że są branże w których średnia zarobków jest ujemna. Wydawać by się mogło, że skoro branża jest niedochodowa i od 10 lat nikt w niej nie zarobił ani złotówki to, że musi zbankrutować i zniknąć, tak jak zniknęły konie pociągowe. Było by to prawdą w odniesieniu do jednego przedsiębiorcy, ale nigdy do całej branży. Internet jest właśnie taką branżą. Tutaj można zarobić, ale procent zarabiających jest znacznie mniejszy niż ludzi kładących zawodowo kafelki czy malują ściany. Ludzi jednak przyciąga to, że jak się już zarobi to zarobki są duże. Biedni grają w totolotka, a bogaci w ruletkę. W ruletkę łatwiej wygrać, mniejsze sumy.
Są dwa główne powody takiej sytuacji. Pierwszy z nich, to młodzi ludzie, potrafiący programować od urodzenia, którzy marzą o zdobyciu pozycji na rynku. Nie dość, że przez 10 lat potrafią pracować nad swoją stroną internetową bez osiągnięcia jakiejkolwiek korzyści finansowej to jeszcze przez te 10 lat potrafią dofinansowywać biznes wszystkimi zarobionymi na boku pieniędzmi. Kiedy już dochodzą do wniosku, że nie zarobią, to zamykają biznes, a ich miejsce przejmie nowy nastolatek. To taki trochę człowiek jak ja kiedyś. Tylko, że kiedyś było 2-3 tysiące programistów w całej Polsce i 100 tys. internautów.
Drugą grupą są ludzie są zwolnieni z pracy biurowej etatowcy, głównie kobiety, które kierując się reklamami unijnymi biorą pieniądze na rozkręcenie działalności. Sytuacja wygląda tak, jak z tym kioskiem do którego chodzę jak chcę szybko coś kupić. Wybudowała go z 12 lat temu kobieta, oczywiście za dotację z Urzędu. Następnie po dwóch latach, jej mąż także postanowił być przedsiębiorcą i wziąwszy dotacje, odkupił ten kiosk od żony. Potem przedsiębiorcą została córka, a teraz kiedy dotacje wynoszą nie jakieś 12 tylko 40 tys., nie jestem pewien ale chyba znowu żona jest jego właścicielem. Ten kiosk podejrzewam nigdy nie przynosił żadnych zysków, albo zyski te oscylowały w granicach kilkuset złotych, co byłoby działalnością nieopłacalną. Opłacalną jednak jest i to dobrze, ze względu na dotacje.
Trzeba dodać, że na e-biznes dotacje sypią się setkami milionów. Kilka lat temu o tym, kto dostanie dotacje decydowała kolejność zgłoszeń. Nawet w TVN, a jak wiadomo jak coś jest w TVN to jest to prawda, był reportaż o bójce pod urzędem. W takiej desperacji są ludzie, którzy mają firmy uzależnione od dotacji. Uzależnione poprzez wzięcie, albo poprzez to, że wszyscy konkurenci też je biorą.
Kilka dni temu, w Białymstoku poznałem człowieka, który ma poważny problem. Jego firma handlująca w internecie przez 10 miesięcy 2011 roku zhandlowała około 10 milionów złotych (dużo więcej niż moja w świetności). Pomimo tego firma ma stratę. Jego obawa jest taka, aby nie robić dużych obrotów, bo ich nie utrzyma, większe obroty, większa strata. Ja miałem podobny problem, więc dyskutowaliśmy. Pewnie pomyślicie, że on jest głupi i powinien ciąć koszty. Ja na to odpowiem, abyście najpierw sami zrobili firmę z 10 milionami obrotu, wtedy mówcie o człowieku, że jest głupi. Jest to niezwykle mądry człowiek, organizacje i wydajność ma dobrą, z podatkami też nie jest w ciemię bity. Co jest więc nie tak. Ano charakterystyka branży jest jakaś taka nijaka.
Wiadomo, wydajność rzecz święta. Jak się przestawi piwo obok pieluch czy paluszki obok napojów (przykłady z sufitu) to magazynier będzie o 4 sekundy wydajniejszy. Ale przy skali 10 milionów to bez sensu. Lekarstwem jest więc konsolidacja i tworzenie wielkich centrów wysyłkowych, ale to lekarstwo na krótką metę. Można zastosować trik z kioskami. Zwolnić 7 pracowników obsługi klienta, niech każdy z nich napisze o dotacje na firmę która świadczy usługi telemarketingu, każdy z nich dostanie 40 tys. na 2 lata i przez rok 1 tys. co miesiąc. Czyli około 2 tys. miesięczne. Będą robić tylko na nasze zlecenie, my im dopłacimy połowę tego co do tej pory i po wszystkim pensja im się zwiększy o drugie tyle, a my mamy mniejsze koszty. Mało moralne, ja bym teraz tak nie zrobił, ale jakbym nie miał co dziecku dać do jedzenia to wtedy rola moralności idzie w odstawkę.
Jak się okazuje wyciągnąć pieniądze z rynku, gdzie średnia zyskowność oscyluje wokół zera jest nadzwyczaj trudno. Oczywiście nie jest to niemożliwe, tylko czym konkurować? Pracowitością z nastolatkami marzącymi o sukcesach nie mamy jak konkurować, finansowo z Funduszalskimi też nie mamy jak. W świętokrzyskiej TV leci program Funduszalscy, którzy promują dotacje, stąd ta nazwa.
W zeszłym tygodniu na Politechnice Białostockiej oraz w Poznaniu u Adama Piocha na Akademi E-biznesu (www.skutecznye-biznes.pl) dzieliłem się swoimi przemyśleniami właśnie na temat konkurowania z niedochodową konkurencją. Opiszę wam jak ja to widzę, ale najpierw może wy napiszcie swoje przemyślenia na ten temat. Czym konkurować w e-biznesie, bo pracowitość i pieniądze jak widać odpadają.
Podobnie do Internetu mają firmy szkoleniowe, które wymiotło i 90% żyje wyłącznie z dotacji. Ale jak się okazuje da się. ASBIRO nie bierze dotacje, rozwija się świetnie. Marcin Matuszewski (absolwent pierwszej edycji ASBIRO) też się rozwija, nawet szybciej niż ASBIRO
Pod tym linkiem krótka biografia Marcina www.intelektualnie.pl/brain-master/SQP/, był też moim gościem na Kontestacji.
To tyle. Trzymajcie się. Czekam na wasze przemyślenia.
]]>Otóż do mnie też czasami piszą ludzie o różnych pomysłach i szukających wsparcia. Przeważnie nie są to wielkie projekty, bo i ja do wielkich ludzi nie należę. Najczęściej chodzi o kwotę kilkunastu tysięcy złotych i konsultacje, a osoby zgłaszające się to uczniowie lub studenci.
Oczywiście zostawmy na boku to, że większość planowanych wydatków to nowe komputery i biurka tak jakby na starych się nie dało pracować
. Skoncentrujmy się na kwocie kilkunastu tysięcy złotych.
Moi drodzy liczę na wasze komentarze z odpowiedzią na pytanie, czy naprawdę tak trudno jest oszczędzić kilkanaście tysięcy złotych? Nawet w przypadku młodego studenta? Przecież w końcu to mają być pieniądze na nasz wymarzony biznes.
Według mnie, to jeżeli człowiek nie potrafi tyle zarobić to znaczy, że nie reprezentuje sobą żadnej wartości dla pracodawców. Skoro dla nich nie ma takiej wartości to niby dlaczego uważa, że klienci w nim tę wartość zobaczą?
Według mnie, to spokojnie kolega mieszkający w Anglii, Irlandii czy Niemczech może nam pomóc z pracą sezonową i w jedne wakacje nawet człowiek o średnich ambicjach życiowych taką kwotę uzbiera.
Zresztą nie trzeba jeździć, w Polsce też się da. Nawet na zwykłej budowie można dorobić całkiem ciekawe pieniądze. Praca ciężka, ale kto powiedział, że ma być łatwo. W końcu realizujemy życiowe marzenie. Czasami trzeba zostawić książki i najzwyczajniej wziąć się do roboty.
Przepraszam, że będę teraz o sobie pisał, gdyż często to jest źle odbierane. Ja przykładowo w 6 klasie podstawówki kupiłem rower za swoje pieniądze. Kosztował prawie 800 złotych, co na dzisiejsze przy 4% inflacji daje około 1400 zł. Kiedy rok później kupiliśmy z bratem komputer nauczyłem się programować. Robiłem wtedy głównie prace zaliczeniowe studentom oraz przepisywałem prace magisterskie, składałem teksty.
W pierwszej klasie liceum uzbierałem na nagrywarkę. Dzisiaj 40 zł, wtedy trzeba było zapłacć 1740 zł + 240 zł kosztował kontroler, aby w ogóle mogła chodzić. Na dzisiejsze to będzie łącznie jakieś 3300 zł, a w międzyczasie kupiłem wiele innych rzeczy. Pracowałem wtedy również jako recenzent gier komputerowych.
Rozumiem, że część z was powie, że mi to łatwo mówić, bo jakoś niczego mi do życia nie brakuje. Ale tak można powiedzieć dopiero jak strzeliłem w dziesiątkę na pierwszym dużym biznesie, nie wcześniej.
Też w wieku 14-16 lat pracowałem na budowie oszczędzając pieniądze. Nawet murowałem. Co prawda pierwszą ścianę trzeba było trochę szlifierką poprawić, bo futryna drzwi się nie mieściła o kilka milimetrów, ale bez przesady, miałem wtedy 14 lat. Potem już szło coraz lepiej i dzisiaj co prawda papierka nie mam, ale murować mogę. Zresztą nie tylko to. Nawet kładąc najzwyklejsze kafelki można ładne pieniądze zarobić, a potrafi to coraz mniej ludzi, więc ceny idą w górę.
Tylko problem jest taki, że ludziom nie chce się pracować. Ludziom chce się robić biznes i marzyć o pieniądzach. Oczywiście nie wszystkim, ale tendencja jest zauważalna. Coraz mniej ludzi potrafi coś małego i coraz więcej ludzi marzym o czymś wielkim.
Tad podczas prezentacji chyba powiedział, że stara gwardia powoli odchodzi, że nowe pokolenie wchodzi do biznesu. Ludzie, którzy nie pracują w niedzielę, ciągle się spóźniają, dużo obiecują, mało robią, nagrodę chcą mieć teraz, a pracę później.
I tak po seminarium na 250 osób chodzę po sali z wielkim workiem na śmieci zbierając butelki, puszki, chusteczki. Wyszło tego ze 3 worki. Ktoś się mnie zapytał, po co sprzątam, przecież sprzątaczki posprzątają od tego są.
I właśnie to jest analogia. Jakoś tak na tym polega bycie poważnym człowiekiem,aby wszystko robić tak jak się należy. Potem dojdziemy do tego, aby nie mówić kelnerce dziękuję, bo od tego jest.
Oczywiście mogłem nie sprzątać, ale nie na tym polega bycie najlepszym, aby było łatwo i przyjemnie. Poza tym jakoś tak mnie wychowano, a wychowanie świadczy o tym, czy się jest poważnym czy nie.
Swoją drogą nawet jeżeli ktoś nie potrafi zarobić kilkunastu tysięcy i odłożyć na biznes życia, który jest wielką szansą to od czego ma rodziców? Jeżeli rodzice nie widzą w tym szansy to dlaczego obcy człowiek ma to zrobić? A jest tak tylko dlatego, że rodzice uważają go za niepoważnego, bo ma np. ciągle bałagan w pokoju i żadnych ambicji, aby pomagać w domu np. kosić trawnik.
Teraz ludzi wychowuje szkoła. Mówi się, że ma uczyć i wychowywać. Co jest totalną bzdurą. Szkołą ma tylko uczyć, wychowywać mają rodzice. Mówi się też, że szkołą ma uczyć kreatywności, co też jest głupotą. Ale to już na inny temat.
W wielu “szkołach” biznesu mówi się, że jeżeli czegoś nie masz to znajdź inwestora lub wspólnika, który tym dysponuje. To jest nonsensem. Mnie natomiast uczono, że trzeba być samowystarczalnym, liczyć tylko na siebie i lepiej mieć wróbla w garści niż gołębia na dachu.
To tyle w tym temacie. Ciekawy jestem waszej opinii, czy rzeczywiście przeciętny 20-latek, którego utrzymują jeszcze rodzice nie może w rok odłożyć kilkunastu tysięcy? Czy może ja za bardzo obracam się wśród młodych ludzi dla których to nie problem?
Poza tym dwa pozytywne doniesienia odnośnie Malmy. Pracownicy Malmy pozwali syndyka do sądu, że skoro on zamknął zakład to automatycznie został ich pracodawcą. Sprawa trwa, jednak syndyk dostał od sądu nakaz zapłaty pracownikom pensji za 2 miesiące i zapewne będzie dostawał kolejne dopóki nie zapadnie wyrok. Można zatem się spodziewać pozytywnego wyroku.
Druga sprawa jest taka, że podczas swoich czynności, syndyk ukradł kluczowe części linii do produkcji, a następnie chciał zamknąć cały zakład nie wpuszczając tam nikogo. Dobra wiadomość jest taka, że Ministerstwo Sprawiedliwości wydało opinię, że są to działania bezprawne, bo aby wypowiedzieć umowę dzierżawy, nie można od tak nagle przestać jej respektować. Trzeba zgodnie z prawem zawiadomić drugą stronę i doręczyć jej wypowiedzenie pisemnie. Jak widać pikietowanie i zawierucha w mediach działa. Trzymamy kciuki.
DVD z MJM oraz Seminarium dostępne
W naszym sklepie fundacyjnym www.alternatus.pl pojawiły się płyty DVD z konferencji MJM 2011oraz ostatniego dwudniowego seminarium z Tadem Witkowiczem. Dostępne także w pakiecie z wszystkimi innymi płytami coby taniej było.
]]>Warto się zastanowić po co nam taka siła transportowa? Odpowiedź jest prosta. Potrzebujemy ciężarówek do wożenia buraków w te i we wte. Niemcy, aby wypracować swoje 36 033 dolarów PKB na osobę wystarczy, że wyprodukują dwa samochody, Japonia aby wyprodukować 33 805 dolarów PKB, wystarczy, że wyprodukuje 100 komputerów. A czy potraficie sobie wyobrazić ile buraków, wódki czy mebli trzeba przewieźć, aby wypracować 18 936 dolarów Polskiego PKB?
Kraje rozwinięte produkują małe i drogie rzeczy, a kraje zacofane produkują dużo tanich rzeczy, nic więc dziwnego, że mają dużo ciężarówek do ich wożenia. Poza tym kraje rozwinięte cechuje coś niewyobrażalnego dla naszych polityków – Logika!
W Polsce ze względów podatkowych bardziej opłaca się wziąć spirytus z Ukrainy, wywieźć na granicę niemiecką do Gorlitz, aby następnie przerobić go na wódkę pod Białystokiem. Pisałem o tym niedawno.
O ile transport w Polsce rośnie, tak transport w krajach zachodnich obumiera, co jest normalną sytuacją, skoro z Polski wywozi się więcej (objętościowo i wagowo) niż się do niej przywozi. Aby nie robić “pustych” przewozów firmy zgadzają się przywieźć do Polski towar za naprawdę bardzo niskie stawki z którymi trudno konkurować.
Ludzie aby udowodnić swoje tezy bardzo często lubią posługiwać się statystyką. Erystyka nam mówi, że z danymi statystycznymi nikt nie dyskutuje, przyjmuje się je za pewnik i trudno obalić. Zawsze należy jednak pytać – skoro jest tak dobrze to dlaczego jest tak źle.
Przykładowo w Niemczech od zawsze dzień wolności podatkowej wypada o 2-3 tygodnie później niż w Polsce. Czy znaczy to, że ludziom żyje się tam gorzej? Otóż nie, bo wysokość podatków to tylko jedna strona medalu, a ich uciążliwość to druga.
Ja z chęcią zapłaciłbym nawet i 5 tys. rocznie podatku ryczałtem, pod warunkiem, że nie musiałbym prowadzić durnych ksiąg rachunkowych w firmie, które mi nie są do niczego nie potrzebne, a służą tylko wyliczeniu podatku dochodowego, którego podobnie jak 80% firm w Polsce w ogóle nie płacę. Wyliczenie jednak tego zera kosztuje mnie nie 5, nie 10, a jakieś 20 tys. rocznie.
Gdyby zezwolić na taki sposób zapłaty podatku, to ja bym zyskał, budżet by zyskał, w statystykach podatki byłyby wyższe, a ja bym się szybciej rozwijał. Jak więc widać, można ułatwiać życie przedsiębiorcom również poprzez realne podwyższenie opodatkowania i zmniejszenie upierdliwości. Tylko za co by wtedy wsadzali niewygodnych ludzi?
W Polsce firmy telekomunikacyjne wydają średnio 1 milion 100 tys. bilingów rocznie. W Niemczech zaledwie 60 tys. Biorąc pod uwagę, że w Niemczech mieszka 2 razy więcej ludzi, to ilość wydanych bilingów jest tam 35 razy mniejsza! Nie wiem jak wy, ja wole płacić i nie być inwigilowany.
Z geografii wiemy, że Polska leży między dwoma mocarstwami. Niemcami na zachodzie i Rosją na wschodzie. Wyobraźcie sobie, że w Rosji są o wiele mniejsze podatki. Dzień wolności podatkowej wypada tam w okolicach 27 kwietnia. W Polsce 24 czerwca, a w Niemczech 7 lipca. Tylko jakoś Rosjanie nie kojarzą się z bogatym narodem. A jest tak, że przepisy są jeszcze bardziej zagmatwane niż w Polsce i jest wiele, wiele więcej barier.
W jednej z audycji na Kontestacji (www.kontestacja.com) z Jankiem Fijorem (www.fijor.com) zapowiedzieliśmy, że zakładamy w Rosji szkołę ASBIRO. Za samo otworzenie tam firmy z obcym kapitałem każą sobie zapłacić ok 100 tys. zł kaucji. Zapewne będziemy się gimnastykować jak to ominąć. Zapewne nam się uda, ale gdyby maratony biegać takimi zygzakami jak tam trzeba się poruszać to maratończyk nigdy by nie dobiegł do celu, wszak po przebiegnięciu 42 km i przekazaniu wiadomości umarł, a gdyby musiał biegnąć zygzakiem i wyszłoby 60 km?
Zauważyć można prostą prawidłowość. Tam gdzie przyjazne przepisy, podatki są wysokie. Tam gdzie trudne przepisy, podatki są niskie, a niskie są tylko z jednej przyczyny. Bo gdyby były wyższe to ludzie by umarli z głodu.
Czy wiecie, że w ostatnich wyborach ludzie w całej Polsce oddali średnio 4,5% głosów nieważnych! Zawierających 2 krzyżyki. Podczas wyborów samorządowych w rejonie Mazowsza ta liczba dochodziła nawet do 10%! A Były rejony gdzie sięgała 27%!
A tutaj mapka ładnie to przedstawia:
http://niezalezna.pl/uploads/foto/2011/10/wybory_glosy_niewazne.jpg
Ludzi z okolic Poznania zapraszam na www.aseb.pl. Adam Pioch, jeden z naszych wykładowców organizuje raz na tydzień zupełnie darmowe spotkania/szkolenia z zakresu prowadzenia biznesu, głównie w internecie. Cholera, za moich czasów takich rzeczy nie było
.
Przyczyną wstrzymania produkcji było przekroczenie uprawnień przez syndyka oraz komornika, którzy weszli na teren zakładu aby wykonać bezprawną uchwałę sędziego komisarza. Przekroczyli swoje uprawnienia i wykonali znacznie więcej niż wynikało z uchwały, mianowicie zdemontowali linie produkcyjne i ukradli małe, ale bardzo ważne części bez których nie da się produkować.
Po kilkunastu dniach prokuratura we Wrocławiu wszczęła śledztwo (syg 2Ds 97/11/S) przeciwko sędziemu, syndykowi, jego zastępcy oraz komornikowi z art. 231 KK (przekroczenie uprawnień). Grozi im do 10 lat pozbawienia wolności! Czyżby przełom?
Postanowienie prokuratury:
www.unicreditshareholders.com/yahoo_site_admin/assets/docs/Prokuratura_wszcz%C4%99%C5%82a_%C5%9Bledztwo.27100309.doc
Tło wydarzeń
Jak wiemy, wejście Polski do UE i idąca za tym zmiana prawa, dawało Malmie potężną szansę rozwoju. Firma potrzebowała pieniędzy na inwestycje i postanowiła wejść na Giełdę. Procesu tego miał dopilnować bank PeKaO S.A., który zaproponował konsolidację kredytów Malmy, tak aby ta była zadłużona tylko w PeKaO.
Bank na giełdę Malmy nie wprowadził, a zamiast tego wypowiedział umowę kredytową. Zastawem tego kredytu była oczywiście cała firma Malma. Jej znak towarowy, nieruchomości, linie produkcyjne. Dosłownie wszystko.
W 2005 roku całe przedsiębiorstwo MALMA (stara Malma) zostało wydzierżawione amerykańskiej firmie Cypselus Corp., która je poddzierżawiła firmie Malm Trading (Nowa Malma). Umowa ta weszła w życie w 2007 roku.
Upadłość
W 2010 roku, a więc 3 lata po wejściu w życie umowy dzierżawy, stara Malma została postawiona w stan upadłości. Ważne jest to, że podczas procesu upadłościowego wiadomo było (od 3 lat!!!), że jest taka, a taka umowa.
Sąd w Gdańsku oceniał (wyrok ostateczny XII Gz 131/08), że Upadłość Starej Malmy jest niemożliwa z powodu braku funduszy bo Bank ma 100% zastawu i hipotek. Postępowanie upadłościowe oszacowano na ok 4 miliony złotych. Sąd uznał nawet, że dzierżawa przedsiębiorstwa uratowała zakłady.
Jednak po wymianie prezesa Sądu oraz składu sędziów, nagle niejawnie zakończono postępowanie, mimo że nadal powołani byli świadkowie. Nowy skład uznał, że upadłość jest możliwa dzięki zmianie ustawy. Jak się potem okazało, doradcą premiera do zmiany tej ustawy był prezes sądu, a potem adwokat Banku PeKaO Piotr Zimmerman.
Bank wtedy zaproponował, że zwolni zastawy majątkowe na ruchomościach Malmy. Dzięki temu sytuacja finansowa Malmy diametralnie się poprawi i wprowadzony syndyk będzie dysponował wolnym od zastawu majątkiem, dzięki czemu będzie mógł ponownie pod jego zastaw wziąć kredyt na przeprowadzenie postępowania. Bank PeKaO złożył więc do sądu promesę, że zwolni zastawy, a sąd ogłosił postępowanie upadłościowe. Pomimo złożonej promesy Bank nie wycofał zastawów.
Dla postępowania upadłościowego bardzo ważna jest data wpisania zastawu. Gdyby zastaw zdjęto i zrobiono go na nowo (tak jak miało się to odbyć!) to te 4 miliony zł najpierw musiałyby zaspokoić żądania innych, ważniejszych niż bank wierzycieli. Syndyk uznała, że zastawy nie zostały zdjęte przez “omyłkę”, a 8 miesięcy później egzekwowała, nieważne według jej wcześniejszych słów, zastawy!
Przebieg zdarzeń
Na posiedzeniu niejawnym sędzia komisarz Anna Stankiewicz postanawia wezwać nową Malmę do wydania zastawu rejestrowego, a więc ruchomości, takich jak linie produkcyjne itp. syndykowi masy upadłościowej starej Malmy.
Decyzja ta jest przez nową Malmę zaskarżona. Argumentem do zaskarżenia było między innymi to, że w sądzie jest złożony wniosek o odwołanie tego sędziego, gdyż jest stronniczy. Wniosek leżał wtedy od 2 miesięcy nie rozstrzygnięty. Jeżeli przeciwko sędziemu jest złożony taki wniosek to może on wydawać tylko decyzje nie cierpiące zwłoki!!! Tzn takie decyzje, których nie podjęcie skutkowałoby stratami.
Odwołanie zostało (przez tę samą sędzinę) odrzucone. Uznała ona, że jej postępowanie jest niecierpiące zwłoki, a argumentem za tak pilnym rozwiązaniem kwestii zastawu była między innymi dziura w dachu. Ponoć nad linią produkcyjną miała być dziura w dachu, przez którą padał deszcz na linię i ta mogła ulec uszkodzeniu (SIC!!!). Oczywiście dziur w dachu w zakładach Malmy jest sporo, ale w budynkach wyłączonych z użytkowania! Przy liniach produkcyjnych takich nie stwierdzono. Nie stwierdzono też, po przejęciu zastawu, żadnej ekipy remontującej dach. Jak więc widać argument jest zajebisty!!!
Przejęcie zastawu – sytuacja prawna
Wyobraźcie sobie, że leasingujecie (wydzierżawiacie) sobie samochód od firmy ABC. Firma ABC aby kupić samochód, który wam wydzierżawiła, bierze kredyt w banku. Oczywiście zastawem tego kredytu jest samochód.
Pech chciał, że firma ABC zbankrutowała i jest w stanie upadłości, zarządza nią syndyk. Bank jest bardzo zły na firmę ABC. Ponieważ, ta nie spłaca rat, każe sobie oddać zastaw. Co wtedy robi firma ABC:
Opcja 1 – Firma ABC w tym momencie wypowiada tobie umowę dzierżawy, płaci Ci umowne odszkodowanie jeżeli takie było, przejmuje samochód i oddaje bankowi. Sprawa załatwiona.
Opcja 2 – Firma ABC nie wypowiada ci umowy dzierżawy, ale przekazuje zastaw bankowi. Tzn. Bank staje się właścicielem samochodu i stronom do umowy leasingowej. Firma ABC prosi cię zatem, abyś poszedł z bankowcem przerejestrować samochód. Zmienia się tylko właściciel samochodu. Umowa leasingu nadal działa. Bank niejako przejmuje tę umowę. Oczywiście może ją wypowiedzieć zgodnie z zapisami w umowie. Jeżeli bank umowy leasingu nie wypowie, nie może ci nawet dotknąć auta!
Problem polega na tym, że ty możesz się zgodzić, na to, że pójdziesz z bankowcem wymienić dowód rejestracyjny na nowy, albo się możesz nie zgodzić. Jeżeli się nie zgodzisz sprawa ląduje w sądzie i sąd wzywa cię do tego. Wtedy już bez kary się nie obejdzie.
Jest to co prawda bardzo duże uproszczenie, ale pozwala zrozumieć całą logikę tego co się dzieje. Sąd wydał wezwanie do wydania zastawu rejestrowego firmie Malma Trading. Jest ono nielegalne i śmiesznie wyargumentowane (dziura w dachu itp). Jest też możliwość, że nie było ono prawomocne. W każdym bądź razie nosi znamiona nadużycia. Prokuratura to bada!
Po co ta decyzja
Decyzja ta oparta była na art. 327 Prawa Upadłościowego (PuiN). Decyzja jest nielegalna, gdyż art. 330 PUiN ustala że art. 327 PUiN nie stosuje się „jeżeli przedmiot obciążony zastawem rejestrowym jest składnikiem przedsiębiorstwa upadłego i jego sprzedaż wraz z przedsiębiorstwem może być korzystniejsza niż oddzielna sprzedaż przedmiotu zastawu”. Jest to ewidentne, iż znak towarowy Malma oraz maszyny produkcyjne są składnikiem przedsiębiorstwa upadłego i stracą na wartości gdy nie będzie produkcji.
Decyzje te nie mogą mieć żadnego innego natychmiastowego skutku niż tylko zniszczenie Malmy. Nic nie uzasadnia pilności działania, skoro żadna maszyna nie jest jeszcze wyceniona, a Syndyk ma obowiązek sprzedać przedsiębiorstwo w całości, co jest niemożliwe przed prawomocnym wypowiedzeniem Umowy Dzierżawy. A wypowiedzieć umowy dzierżawy nie chcą, gdyż musieliby wypłacić ok 40 milionów odszkodowania pracownikom.
Dzięki zmianom, które spowodował Pan Piotr Zimmerman, syndyk może wypowiedzieć umowę dzierżawy nieruchomości bez wypłacania odszkodowań. Problem polega na tym, że Nowa Malma nie dzierżawi nieruchomości, ona dzierżawi całe przedsiębiorstwo, w skład którego wchodzą oczywiście nieruchomości. Częściowe wypowiedzenie jednej umowy jest bezprawne! To tak jakby ktoś wypowiedział wam leasing tylko na koła, a zostawił na resztę samochodu!
Przekroczenie uprawnień syndyków i komornika
Zostało wydane postanowienie sądu trzeba je wykonać. Wieczorem 30 sierpnia (wtorek) na teren zakładów Malma we Wrocławiu zjawili się syndyk oraz komornik w asyście policji i wynajętych ludzi, ślusarzy i elektryków.
Nie przedstawili żadnych dokumentów. Macie nakaz z sądu? Mamy. To proszę pokazać? Nie pokarzemy! Sytuacja niepojęta.
To co według nakazu mieli zrobić to zmienić właściciela zastawów. Czyli co najwyżej wymienić “rejestrację”, pobrać instrukcję obsługi, wziąć “zapasowe klucze”. Wykonać te czynności, które normalnie się wykonuje przy zmianie właściciela. Ale ponieważ umowa dzierżawy nie została wypowiedziana, normalnym jest to, że Nowa Malma ma prawo korzystać z tych urządzeń!
Chłopaki jednak poszli dalej. Oprócz wymienionych czynności zdemontowali także linie produkcyjne. Wykręcili z nich ważne części (komputery, sterowniki). Zmienili zamki w drzwiach i zakazali wchodzić do hal, gdzie są linie produkcyjne bez zgody syndyka.
Dn. 31 sierpnia 2011 pracownicy nie mieli dostępu do swoich stanowisk pracy. Żądali aby w tej sytuacji Syndyk ich przejął. Dostali odmowę. Jest to ewidentne naruszenie art. 231 KP oraz innych dyrektyw UE, bo zakład we Wrocławiu stanowi niewątpliwie żywy i zorganizowany zakład pracy. Jest to także naruszenie art. 261 Ustawy o Związkach Zawodowych, która przewiduje 30 dniowe negocjacje z Związkami. Art. 35 tej Ustawy przewiduje karę pozbawienia wolności w przypadku naruszenia tego obowiązku.
Efekt tego jest taki, że firma nie może produkować już od miesiąca, 164 osoby ponownie straciły pracę.
Po co to wszystko?
Ano po to, aby Bank przejął zakład bez przejmowania pracowników. Przejęcie pracowników i ich zwolnienie jest tożsame z wypłatą dla nich ponad 40 mln odszkodowania.
Bank stara się na wszystkie sposoby unieważnić umowę dzierżawy, której ważność uznał w swoich pismach i decyzjach sędzia komisarz jak i syndyk. Jeżeli starają się o j unieważnienie, to znaczy, że uważają ją za ważną!
Aby unieważnić umowę dzierżawy, zostało złożone dawno temu doniesienie do prokuratury. Prokuratura Okręgowa w Warszawie prowadzi śledztwo dotyczące umowy dzierżawy (VI Ds. 205/08) zakładu Malma. Po 3 latach jest ponad 30 teczek akt, a Michel Marbot jest nadal demonstracyjnie traktowany jako złodziej. Sam Marbot nigdy nie został przesłuchany, a jego pracownicy owszem. Kilku ludzi informowało mnie, że podczas przesłuchania obiecano im “ochronę” jeżeli dostarczą coś na Marbota.
Czy właśnie taką samą ochronę dostał Giorgio Cozzolino (Malmowy Terrorysta), któremu prokuratura nie postawiła żadnych zarzutów za bieganie z tasakiem i ganianie ludzi w zakładach Malmy po nieudanej licytacji komorniczej? On ewidentnie działał na niekorzyść Malmy, jeżeli więc nie ta ochrona go chroniła to jaka?
Trzy lata śledztwa bez przesłuchania najważniejszej osoby, ładnie koreluje się ze sprawą zboża, o której pisałem w poprzednich odcinkach. Sprawa przywłaszczenia zboża przez Michela Marbota trwała rekordowo krótko, 8 miesięcy wliczając apelację! Jeżeli ktoś ponaciska odpowiednie sznurki to sprawa wraz z apelacją może trwać 8 miesięcy. A jak ktoś ponaciska w inną stronę to sąd przez 3 miesiące nie może rozpatrzeć wniosku o odwołanie sędziego! Czyżby sędzia bała się, że robi takie świństwa, że nawet jej bliscy koledzy z pracy uznają, że jest stronnicza?
Z takich ciekawych rzeczy to sąd cywilny w Warszawie prowadzi teraz sprawę dot. licytacji domu rodzinnego Pani Marbot. Wyceniony w 2004 roku przez biegłą Banku na 3,5 mln złotych w celu kredytowania, ta sama biegła wycenia tę samą nieruchomość na 2,6 mln zł (25% taniej) do celów licytacji w 2010 roku, mimo faktu, że w tej dzielnicy ceny nieruchomości wzrosły o 300%. Jak to możliwe?
Desperacja warta uwagi
Jak się okazuje syndyk zalega pół roku z podatkami dla Malborka oraz ponad rok we Wrocławiu. Jest to oznaka tego, że kończą mu się pieniądze, a PeKaO (zapewne dzięki nagłaśnianiu sprawy) nie bardzo chce przeznaczać więcej pieniędzy.
Możemy więc domyślać się, że akcja z 30 sierpnia była niejako aktem desperacji, ostatecznym ciosem imperium zła, pełnym nadużyć. Nadużyć tak jaskrawych, że prokuratura podjęła się śledztwa w tej sprawie. Nie często się zdarza, że prokuratura prowadzi śledztwo przeciwko sędziemu, a tutaj podjęła.
Jak można uratować Malmę?
Skoro prokuratura wszczęła śledztwo znaczy to, że ma poważne podejrzenia. Prezes Malmy Trading prosił prokuraturę o wydanie postanowienia, aby ta nakazała syndykowi zwrócenie zabranych części tak, aby Malma mogła prowadzić działalność do czasu, aż zakończy się postępowanie w tej sprawie. Prokuratura odmówiła, mówiąc, że nie ma takiej mocy. Lada chwila Malma Trading ogłosi upadłość.
Michel Marbot chwyta się wszystkiego, aby zmusić jakiegoś urzędnika do podjęcia decyzji, która mogłaby jeszcze uratować zakład, przynajmniej do czasu zakończenia śledztwa prokuratorskiego w sprawie nadużyć w sprawie Malmy. Od kilku dni pikietuje pod kancelarią premiera, ten nie chce z nim rozmawiać. Poniżej krótka relacja i wypowiedź.
Odszkodowania
Na chwilę obecną wystarczy oddać części, produkcja będzie wznowiona, a zaległości produkcyjne nadrobione. Jeżeli ta decyzja będzie się przeciągać tydzień to firma padnie, a jak padnie to odszkodowania będą ogromne, mogę nawet powiedzieć rekordowe. Odszkodowania płacone przez podatników, nie przez PeKaO. Bank po tylu latach użerania się, już dawno wie, że lege artis tego załatwić nie może. Syndyk oraz sędzia staną się kozłem ofiarnym, tereny trafią do Banku, a po wybudowaniu tam osiedla sąd wyda werdykt, że urzędnicy dopuścili się nadużyć i nakaże wypłatę odszkodowania z naszych kieszeni. Bo to urzędnicy dopuszczają się nadużyć, a nie pracownicy banku.
Pytanie dla czytelników
Na koniec zagadka. Jeżeli mamy 6 hektarów ziemi w okolicach centrum Wrocławia (ul. Obornicka tam gdzie Malma) to ile i jak dużych jesteśmy w stanie postawić tam bloków mieszkalnych, biorąc pod uwagę, że jest to w okolicy osiedla bloków 10 piętrowych. Według mnie to będzie minimum 50 tys. m2. Potem pomnóżcie to przez cenę mieszkań w tamtym rejonie, odejmijcie koszty budowy i zobaczycie 9 cyfrowy zysk, przy którym nieruchomości w Malborku będą wisienką na torcie.
]]>